Carmaggedon na ścieżkach hororów kategorii B.- recenzja 1. sezonu „Blood Drive”

In Recenzje Seriali, Seriale

Morderczy wyścig, hektolitry krwi, absurdalna fabuła i dużo seksu. To w skrócie opis najnowszego serialu stacji SYFY. Brzmi niedorzecznie i niesmacznie? Owszem, bo taki jest zamysł „Blood Drive”. Twórcy oficjalnie podróżują po elementach horrorów kategorii B, biorąc przykład z filmów m.in. Roberta Rodrigueza. Czy jednak wykorzystywanie tej formuły w postaci 13-odcinkowego serialu to dobry pomysł, czy też sprawdza się to jedynie w krótszych opowieściach? O tym już za chwilę.

Na wstępie warto powiedzieć co nieco o fabule. Nie jest ona skomplikowana… całość skupia się na tytułowym Wyścigu Śmierci, podczas którego na każdym etapie odpada jeden uczestnik. Przegrany opuszcza bezpowrotnie arenę zmagań w widowiskowym i śmiercionośnym stylu. Aktywowany zostaje przełącznik w jego mózgu, powodujący eksplozje, po której… no cóż, głowy już nie ma. Łatwo nie jest, przeciwnicy to dewianci, mordercy, gwałciciele, czyli najgorsza patologia zebrana w jednym miejscu. Dodatkowo czas akcji  został umiejscowiony  po ogromnej apokalipsie, w wyniku której na całym świecie brakuje benzyny, a samochody są napędzane…ludzką krwią. Boom! Jeden z najgorszych i najbardziej chorych pomysłów ever został nam całkiem ciekawie przedstawiony w tej produkcji. A to dopiero początek! Im dalej, tym bardziej krwawo, niesmacznie i absurdalnie. Trzeba jednak przyznać, że twórcom pomysłów nie brakuje i kolejne odcinki ogląda się z coraz większym zainteresowaniem. To hołd w kierunku horrorów i różnych innych gatunków filmowych. To również seans przeznaczony dla osób o mocnych nerwach i jeszcze mocniejszych żołądkach. Wymiotowanie wydzieliną o różnych kolorach – odhaczone. Maź sprawiająca, że ludzie wpadają w seksualny szał – jest. Amazonki, kanibale, kulty i potwory urywające kończyny – są. Doświadczamy również podróży na Dziki Zachód i wędrówki po umyśle podczas snu jednego z bohaterów, kiedy jest szprycowany tajemniczymi ziołami pewnej Azjatki. Można by tak wymieniać bez końca… chylę czoła przed kreatywnością scenarzystów. 

photo: Den of Geek, kadr z serialu „Blood Drive”

Ogromnym plusem jest również Colin Cunningham, który wciela się w Juliana Slinka. To czarny charakter brawurowo prowadzący show, jakim jest tytułowy „Wyścig Śmierci”. To bardzo nieoczywista postać, perfekcyjnie zagrana przez 50-letniego Kalifornijczyka. Nie wiemy kim jest, jego historia jest owiana tajemnicą niemalże do samego końca. Wiemy natomiast, że jest chorym skurczybykiem, czerpiącym przyjemność z oglądania ludzkiej śmierci i cieszący swoje oczy widokiem ucinanych kończyn. To również egoista i manipulator, nie ma dobrych cech, nie da się go lubić… ale zapada w pamięć i chce się go oglądać jeszcze więcej. Jego gra jest nieco teatralna, gestykulacja przesadzona, charakteryzacja uwypuklona, ale idealnie wpasowuje się w klimat serialu. Angaż tego mało znanego aktora był strzałem w dziesiątkę. 

BLOOD DRIVE — „The Fucking Cop” Episode 101 — Pictured: Colin Cunningham as Slink — (Photo by: David Bloomer/Syfy)

Niestety, ale nie wszystkie strzały były celne. Tam gdzie zachwycamy się postacią Slinka w tym samym momencie jesteśmy zażenowani innymi bohaterami, a przede wszystkim jednym z największych drewnianych aktorów, jakich ostatnio widziałem, czyli Alanem Ritchsonem. Gra Arthura „Barbie” Bailley’ego – prawego policjanta, który przypadkowo dostaje się na arenę zmagań psychopatów. Nie dość, że jego postać jest bardzo słabo napisana, to jeszcze sam aktor jest zupełnie nieprzekonujący w tym co robi. Jego decyzje, zmiana jaką przechodzi, a nawet zachowanie i relacje między bohaterami są przedstawione w bardzo nieinteresujący sposób.  Nie kibicujemy mu, każdy jego czyn jest słabo uargumentowany przez, co nie kupujemy tego jako widzowie. Gdyby byłoby to jeszcze dobrze zagrana to można by zawiesić na czymś oko, a tak… cóż mizerna gra aktorska jest w tym wypadku kolejną rzeczą, która go pogrąża. Jego rola w większości przypadków sprowadza się do wpadania w tarapaty, z których non-stop wyciąga go jego partnerka, Grace (Christina Ochoa). Jest ona drugą ważną postacią w całej opowieści. Jej udział w wyścigu, transformacja z morderczyni w bardziej praworządną osobę jest logicznie i sprawnie wytłumaczona. W tym wypadku wszystko ma sens, oczywiście jak na standardy produkcji kategorii B. Jej image jest również świetnie ukazany – piękna, seksowna kobieta w kusej spódniczce, z lizakiem w ustach i krwią przeciwników na twarzy wpasowuje się idealnie w tematykę gore.

photo: purefandom; kadr z serialu „Blood Drive”

Mamy również rozmaitych bohaterów drugoplanowych, przede wszystkim tyczy się to innych uczestników wyścigu.  Jednak twórcy postanowili nie skupiać na nich większej uwagi. Zostajemy z nimi zapoznani na samym początku podczas wielkiej gali otwarcia, kiedy poznajemy ich pseudonimy. Z większością nie ma co się zaprzyjaźniać, bo dosyć szybko zostaną uśmierceni. Natomiast dwa duety: Cliffa i Domi oraz Uczonego i Starca zagrzeją fotele samochodów na nieco dłużej i są to całkiem ciekawi bohaterowie. Szkoda tylko, że jest ich tak niewiele i są jedynie zapychaczem fabuły. Uchybieniem jest, że scenarzyści nie postanowili bardziej rozwinąć tych postaci, bo to bohaterowie, których potencjał nie został wykorzystany. Wzbudzają zainteresowanie, pragniemy, aby na ekranie pojawiali się częściej i chcemy poznać ich szerszą historię. Niestety, ale tak się nie dzieje.

photo: adambernard.blogspot.com, kadr z serialu „Blood Drive”

„Blood Drive” jest najlepszy w momentach, kiedy doświadczamy zabawy konwencją i przymykamy oko na słabą grę aktorską oraz uproszczenia scenariusza. Począwszy od tytułu, który jawnie inspirowany jest czcionką „Planet Terror” Rodrigueza, kończąc na wszystkich elementach horrorów niższych lotów. Twórca James Roland zalicza producencki debiut, którego nie powinienem się wstydzić. Obawiałem się, że produkcja tego typu nie ma racji bytu w długiej, 13-odcinkowej formie. Serial połowicznie sprostał temu zadaniu, ale tylko połowicznie, bo ma trochę wad. Poza tymi, o których wspomniałem wcześniej, produkcja zbacza ze swojej trasy w dwóch finałowych epizodach. To epicentrum walki między dobrem a złem, wyłonienie zwycięzcy i ukazanie konsekwencji, wynikających z wygranej. Jak serial gnał do przodu, niczym „Christine” na dopalaczach, przemierzając krainy, przepełnionymi smaczkami i nawiązaniami do filmów z lat ’80, to w końcowych scenach przed tym samym autem stanęła jakby wielka ściana, kończąc tę magiczną podróż.  Nie ma systematyczności i to daje się odczuć, co również wpływa negatywnie na moją ocenę. Nie mniej jednak jest to jedna z bardziej interesujących premier tych wakacji. Oczywiście nie dla każdego, bo trzeba lubić klimaty gore, w których hektolitry sztucznej krwi, setki uciętych kończyn, czy nawet niesmacznych wydzielin są na porządku dziennym. Należę do tej „chorej” grupy osób i bawiłem się wyśmienicie, szkoda, że stacja SYFY postanowiła zakończyć produkcję na 1. sezonie. Wydaje mi się, że pomimo tego, że twórcy totalnie pogubili się pod koniec to mieli jeszcze wiele do zaoferowania. Licząc na to, że któraś stacja przejmie tej serial, oddam się zupełnie prymitywnej rozrywce, podobnej do „Blood Drive”… czas odpalić grę „Carmaggedon” 🙂

 

 

Blood Drive - 1. sezon

60 %
60%Ogólna Ocena

Ocena Końcowa

You may also read!

Seriale z motywem końca świata

Myśleliście kiedyś o tym, jak mógłby wyglądać koniec świata? Podejrzewam, że większość z was chociaż raz w swoim życiu

Read More...

Filmoholicy #1

Zapraszamy do nowego cyklu Zkina.pl! Nasi redaktorzy: Marcin i Kuba ruszają z podcastem pt. „Filmoholicy”. Będą dyskutować o flmach,

Read More...

5 seriali, które anulowano za wcześnie

Kiedy zaczynamy oglądać serial, który nam się podoba, żyjemy z nadzieją, że po jednym dobrym sezonie możemy spodziewać się

Read More...

Mobile Sliding Menu