Neonowy świat kobiecego wrestlingu – recenzja 1. sezonu GLOW

In Recenzje Seriali, Seriale

Na duży ring padają światła neonów, prowadzący konferansjer zapowiada gwiazdy dzisiejszego show a publika klaszcze, nie mogąc doczekać się brutalnej walki. Kiczowate neony zapalają się ukazując gwiazdy dzisiejszego widowiska. Przed nami walka o honor, USA vs Niemcy! A w roli reprezentantów…. dwie piękne wrestlerki w odjazdowych strojach! Tak, to „GLOW”, nowy serial stacji Netflix. Brzmi kiczowato? Kontrowersyjnie? Owszem tak jest, ale czy to minus czy plus tej produkcji dowiecie się już za kilka chwil.

Warto wspomnieć na wstępie, że serial jest oparty na prawdziwym programie „Gorgeous Ladies of Wrestling”, który był emitowany w latach 90′. Na przesłuchaniu do niego pojawiła się cała masa kandydatek, ale wybrano jedynie czternaście. W produkcji stacji Netflix również przedstawiony jest casting, z tą różnicą, że zainteresowanych kobiet do wzięcia udziału w tym widowisku jest bardzo mało. Jest to sporo różnica, jeśli chodzi o porównanie z pierwowzorem, ale za to samo przedstawienie kobiecego wrestlingu nie różni się za bardzo od prawdziwego programu. Fani tamtej produkcji odnajdą tu coś dla siebie i poznają kulisy powstawania tego specyficznego przedstawienia. Cała reszta otrzyma zabawną historię o niezłomnych kobietach, którym w życiu nie wyszło i które nie mając szans na zaistnienie w wielkim hollywodzkim showbizensie, zagryzają zęby, odkładają na bok swoją dumę i zaczynają kurs wrestlerki. 

photo: moviepilot; plakat promocyjny programu „Gorgeous Ladies of Wrestling”

Jedną z nich jest nasza główna bohaterka Ruth (Alisson Brie), początkująca, ambitna aktorka, która nie może znaleźć pracy w zawodzie. Dziesiątki castingów zawsze kończą się niepowodzeniem, a jedyne na co może liczyć to prawdopodobny angaż do filmu… porno. Nie chcąc jednak zniżać się do tak prymitywnego poziomu, szuka szczęścia dalej. I tak trafia do obskurnej sali, gdzie wraz z jedenastoma innymi dziewczynami dostaje role w tytułowym „GLOW”. Nie jest to praca marzeń, ale dziura finansowa bardzo kobiecie dokucza, więc wszystkie jej opory przed wstąpieniem w tym niezbyt ambitnym show znikają w oka mgnieniu. Nie wygląda to jednak kolorowo, uczestniczki programu to dosyć specyficzne bohaterki, z którymi może być ciężko nawiązać wspólny język, a reżyser Sam Silvia (Marc Maron) to typowy szowinistyczny drań.

photo: EW; kadr z serialu „GLOW”

Bohaterowie to największy plus „GLOW”. Początkowo bałem się, że trudno będzie się z nimi utożsamić, ze względu na ich sporą liczbę. Jest ich wiele, a sam pierwszy sezon nie należy do najdłuższych. Na szczęście twórcy umiejętnie prezentują historię każdej z postaci, dzięki czemu bez problemu potrafimy wydać osąd czy daną postać lubimy, czy nie. Postacie to bohaterki z krwi i kości, wydają się być wiarygodne i prawdziwe, a ich wspólne relacje z odcinka na odcinek ulegają zmianie. Zobaczymy całą plejadę dobrze rozrysowanych postaci, każda z nich jest inna. Poznamy dziewczynę, która uważa się za wilka, zamkniętą w sobie córkę legendarnego wrestlera czy wulgarną Melrose, mająca w nosie wszystkich. Docinają sobie, konkurują, aby być w centrum uwagi. Ba, nawet żartują sobie z przerwanej ciąży jednej z nich, demonstrując to za pomocą ketchupu na arenie. Nie wyobrażałem sobie, aby w jakikolwiek sposób kobiety te zaczęły się lubić i współpracować ze sobą dając dobry show. Szczególnie, że nasza główna bohaterka, ambitna aktorka chce spełnić się aktorsko, co i rusz próbując udowodnić, że reprezentuje najlepszy poziom aktorstwa. Chce być gwiazdą, aby wszystkie neony rozświetlały jej postać. Jej podejście się zmienia, kiedy okazuje się, że reżyser ma pomysł na każdą z uczestniczek, poza nią. Musi znaleźć pomysł na swoją bohaterkę, aby nie przegrać walkowerem i zaistnieć na arenie jako interesująca zapaśniczka. Udaje się jej to w epickim stylu, chowa dumę do kieszeni i staje się przeciwniczką swojej byłej przyjaciółki. Wielkie brawa dla Alison Brie Betty Gilpin, które jako główne bohaterki tej opowieści stanęły na wysokości aktorskiego zadania. Szczególnie, ta pierwsza, udająca Rosjankę wypadła niesamowicie przekonująco i prawdziwie aż trudno uwierzyć, że jest wrażliwą, ambitną kobietą z USA. 

photo: EW; kadr z serialu „GLOW”

Zapijaczony, uzależniony od kokainy reżyser dwoi się i troi, aby show osiągnęło sukces. Początki są trudne, tym bardziej, że dziewczyny zupełnie nie znają się na wrestlingu. Ich trening jest przedstawiony ciekawie, z odcinka na odcinek nabierają coraz większej wprawy w „udawanej walce”. Koncepcja przedstawienia jest prosta – ukazać walkę przeciwników, w której publiczność będzie skandować i zagrzewać faworytkę do walki, a drugą wygwizdywać i nienawidzić. W  ten sposób twórcy w umiejętny oraz ironiczny sposób ukazują stereotypy i kogo Amerykanie nie darzą sympatią, a serial jest naszpikowany różnymi przykładami  W walce USA vs Rosja wiadomo w kogo publiczność rzuci butelką. Wiemy też jakim dużym problem jest terroryzm, kiedy na scenę wychodzi Iranka. Widzimy jak widzowie gardzą systemem podatkowym, poprzez starcie z urzędniczką.  I my również im kibicujemy, nie tylko podczas bitki, gdzie chcemy klaskać i zagrzewać do walki, ale i w trakcie życia osobistego. Obserwujemy obyczajowe, często nieoczekiwane wątki, które chwytają za serce i pozwalają bliżej poznać nasze bohaterki.  

Humor, jaki został zaprezentowany nie każdemu może się spodobać. Jest to najczęściej żart wulgarny i obsceniczny, nie mniej jednak pasuje do całości. Szczególnie, że większość gagów zawdzięczamy Samowi Silvie, któremu powierzono role zgorzkniałego mężczyzny. To typ człowieka, który „najpierw mówi, potem myśli”, więc wynika z tego wiele niefortunnych sytuacji. W całym tym swoim egoistycznym podejściu do życia da się go lubić, tworzy z dziewczynami swojego rodzaju „patologiczną rodzinę”. Potrafi wesprzeć, zwierzyć się, ale też potrafi być największym łajdakiem i seksistą na Ziemi. Śmiejemy się również w momentach, kiedy dziewczyny ćwiczą, a sama przerysowana walka i sposób jej ukazania naprawdę potrafi poprawić humor. 

 

Wszytko to, co widzimy na ekranie okraszone jest świetną muzyką lat ’80, co idealnie wkomponowuje się w kiczowaty wydźwięk całego show. Zaczynając od neonowej czołówki, a kończąc na całym przedstawieniu, pełnym brokatu, spandeksu i blichtru. Dostajemy cios w twarz tym perfekcyjnym odwzorowaniem takiego rodzaju rozrywki i świadomością, że wszystko w ten swój idealnie kiczowaty sposób się komponuje. Szkoda, że wszystko tak szybko się kończy. „GLOW” składa się z 10 rund, trwających jedynie 20 minut. Mam wrażenie, że serial dopiero nabrał tempa, a niestety już trzeba odpocząć i cierpliwe poczekać na kolejny sezon efektownych zmagań stereotypowych postaci. Netflixowi znów się udało, stworzył produkcję, którą ogląda się z przyjemnością, a premiera w okresie wakacyjnym była strzałem w dziesiątkę. Łatwe, lekkie, efektowne i przyjemne – w  sam raz na lato. Czekam na drugi sezon! 

 

GLOW - sezon 1.

75 %
75%Ogólna Ocena

Ocena końcowa

You may also read!

Seriale z motywem końca świata

Myśleliście kiedyś o tym, jak mógłby wyglądać koniec świata? Podejrzewam, że większość z was chociaż raz w swoim życiu

Read More...

Filmoholicy #1

Zapraszamy do nowego cyklu Zkina.pl! Nasi redaktorzy: Marcin i Kuba ruszają z podcastem pt. „Filmoholicy”. Będą dyskutować o flmach,

Read More...

5 seriali, które anulowano za wcześnie

Kiedy zaczynamy oglądać serial, który nam się podoba, żyjemy z nadzieją, że po jednym dobrym sezonie możemy spodziewać się

Read More...

Mobile Sliding Menu