Starcie tytanów wg. Bryana Fullera – recenzja 1. sezonu „American Gods”

In Recenzje Seriali, Seriale, Wszystkie recenzje

Bryan Fuller, twórca takiego hitu jak „Hannibal” ze świetnym Madsem Mikkelsenem bierze tym razem za materiał źródłowy głośną książkę Neila Gaimana pt. „American Gods” i przedstawia swoją jej wizję na małym ekranie. Jedna z najbardziej wyczekiwanych serialowych premier roku debiutuje w stacji STARZ i odnosi dość spory sukces, zaledwie po paru odcinkach ogłoszono, że drugi sezon również się ukaże. Zanim to jednak nastąpi przyjrzyjmy się bliżej pierwszej odsłonie i zobaczmy czy w ogóle warto powrócić do tej produkcji za rok.

Opowieść zaczyna się od poznania głównego bohatera – Cienia (Ricky Whittle), który wychodzi z więzienia po odsiedzianym wyroku za pobicie. Odsiadka została skrócona o parę dni, gdyż jego żona uległa śmiertelnemu wypadkowi i ze względu na to więźniowi pozwolono na wzięcie udziału w pogrzebie. W drodze do domu Cień poznaje tajemniczego Pana Wednesdaya (Ian McShane), który proponuje mu pracę. Początkowo sceptycznie nastawiony mężczyzna bierze fuchę, bo do jego głównych obowiązków ma należeć szoferowanie i ochrona swojego pracodawcy, gdy ten będzie odwiedzał znajomych. I wtedy zaczynają się schody, bo osoby, które pozna na swojej drodze są nietuzinkowe i władają potężnymi mocami. Tak, to tytułowi Amerykańcy Bogowie. Bogowie starzy, często zapomniani i potrzebni Panu Wednesdayowi w walce z Nowoczesnymi Bóstwami. Życie Cienia wywraca się do góry nogami i przyjdzie mi zobaczyć rzeczy, o których nawet nie śnił.

photo: Entertaiment Weakly; kadr z serialu „American Gods”

Przez 8 odcinków zapoznamy się z wieloma specyficznymi bohaterami. Zawsze na początku odcinka dostaniemy zajawkę, w której przyjrzymy się bliżej danej postaci i jej genezie. Odwiedzimy skandynawskie fiordy, aby poznać narratora naszej wędrówki – Odyna.  Zrobimy wycieczkę do Egiptu, gdzie spotkamy Anubisa i Nubisa, czy cofniemy się w czasie, aby zobaczyć meksykańskiego Jezusa Chrystusa. Poza tymi charakterystycznymi początkami epizodów w trakcie serialu poznamy jeszcze innych bogów. Niestety nie liczcie na to, że te wątki w szybki i magiczny sposób się połączą. Na razie znaczna ich większość jest dodatkiem do wątku głównego i bezpośrednio się z nim nie łączy. A szkoda. Jednak czuje, że w dalszych sezonach wszystkie te historie połączą się ze sobą tworząc całość. Materiał źródłowy nie jest powieścią, z której dałoby się zrobić wielosezonowy serial, więc twórcy wciskają na siłę „zapychacze”, aby jak najdłużej rozciągać w czasie podróż naszych bohaterów do celu wędrówki. Nie przeczę, że sposób w jaki zostali zaprezentowani jest interesujący, ale to trochę za mało, wstawki po pewnym czasie stają się nieco nużące i za bardzo rozwlekają fabułę.

photo: Forbes; kadr z serialu „American Gods”

Jakby tego było mało dostajemy ze 2-3 odcinki, skupiające się na pewnych bohaterach, którzy są dosyć istotni dla fabuły i własnie nim są dedykowane prawie całe epizody. Owszem nurtuje widza wiele tajemnic dotyczących tych postaci, ale spokojnie można było to przedstawić jako dodatki, sukcesywnie ukazane w postaci retrospekcji, jak to miało miejsce w np. „Lost”. Po pewnym czasie widz jeszcze bardziej czuje się oszukany i zastanawia się do czego takie wydłużanie fabuły prowadzi. Mi do głowy przychodzi jedna myśl, a mianowicie – pieniądze. Im więcej sezonów, tym więcej dochodów, ale czasem ilość nie przedkłada się na jakość. Mam jednak nadzieje, że w drugim sezonie akcja znacznie przyspieszy i otrzymamy zwartą historię bez niepotrzebnych wędrówek w przeszłość, bo przez takie zbyt częste działania serial może zjeść swój własny ogon.

Nie mniej jednak, przy całym moim narzekaniu na wyżej wymienione niuanse „Amerykańscy Bogowie” są warci uwagi. Nie jest to jednak tytuł dla każdego widza. Fani „Hannibala” odnajdą tu coś dla siebie, a mianowicie bardzo podobny montaż. Czuć w całej opowieści rękę Fullera, który spełnia swoje nieco groteskowe wizję. Nawet słyszymy przy niektórych scenach podobną muzykę, która pomimo tego, iż doświadczaliśmy jej gdzie indziej, to i tu pasuje idealnie. Natomiast to, co oglądamy na ekranie momentami przechodzi wszelkie wyobrażenia. Nagi mężczyzna fruwający w kosmosie po seksualnym uniesieniu, czy krwawa wizja wieszania człowieka przez psychopatów, jawnie inspirowanych bohaterami „Mechanicznej Pomarańczy” zapadają głęboko w pamięci. Takich fantazji sam David Lynch by się nie powstydził. Dla jednych może to być przerost formy nad treścią, dla drugich uczta dla oka. To sceny zawierające w sobie duże dozy brutalności, przesady, ale też wysublimowanych tworów, między innymi ukazujących intensywny i namiętny akt seksualny kochanków. Mamy elementy grozy, fantastyki czy nawet czarnego humoru. Czy aż tak krwawy, wulgarny i surrealistyczny sposób przedstawienia tych scen jest potrzebny? Pewnie nie, ale jest w tym wszystkim jakaś magia i to, co wyróżnia serial na tle innych. Nie ważne jak bardzo jest to czasami kiczowate, ja to kupuje i chcę jeszcze więcej. 

Siłą serialu są przede wszystkim wyraziści bohaterowie. Ian McShane jako Mr. Wednesday jest idealny w tym co robi. Ironiczny i pewny siebie staruszek interesuje widza. To jak kieruje innymi bohaterami, a przede wszystkim Cieniem jest imponujące. Nie sposób go nie lubić, choć bywa bezczelny i mało empatyczny chętnie poszłoby się z nim na wódkę. A skoro mowa o wódce… warto wspomnieć o postaci, która skradła swoją rolą cały 2. odcinek. Mowa o Czarnobogu, w którego idealnie wcielił się Peter Stormare. Szwedzki aktor słynący z ról Rosjaninów w Amerykańskich produkcjach (serial „Prison Break”, „Armageddon”) tu gra słowiańskiego boga. Odpalający papieros od papierosa, umorusany, brodaty bohater jest świetnie przedstawiony i czuć od niego nie tylko wielką siłę, ale i inteligencje. Nie można odwrócić wzroku od ekranu, każde słowo, które wypowiada trafia do widza, a postać jednocześnie przeraża i intryguje.  Szkoda tylko, że jego udział w stosunku do książki był tak krótki. Odwrotnie zaś stało się z Szalonym Sweeneyem (Pablo Schreiber), którego udział w stosunku do pierwowzoru został rozwinięty. I bardzo dobrze! To kolejna aktorska perełka i ciekawy bohater, więc tym bardziej cieszy, że widzimy go często na ekranie. Wprowadza do produkcji sporo humoru, jego wybuchowe interakcje z innymi postaciami są świetnie zobrazowane. To jedna z niewielu postaci która występuje w prawie każdym odcinku. Począwszy od pilota, w którym wdaje się w bojkę z Cieniem, po przypadkową stratę swojej monety szczęścia. Widz zaprzyjaźnia się z nim, nawet pomimo tego, że jest gburem i myśli wyłącznie o sobie. Poza nimi mamy dobrą grę aktorską Gillian Anderson (oglądajcie uważnie, bo jest nie po poznania!), Emily Browning, Bruce’a Langleya czy Crispina Glovera. Niektóre z postaci mogą irytować, ale dobrego warsztatu nie można im odmówić. Są przekonujący, wydają się tacy, jacy powinni być. Niestety, ale początkujący Ricky Whittle (znany z roli Lincolna w serialu „The 100”), grający Cienia wypada przy nich bardzo blado. Przede wszystkim jego postać jest nijaka, jako jeden z głównych bohaterów powinien najbardziej zainteresować widza, a nam jest wszystko jedno, jaki dalszy los go spotka, snuje się bez emocji po ekranie, a jego jedna mina wiecznie zbitego psa wcale nie pomaga w wzbudzeniu sympatii. 

Spojler dotyczący ostatniego odcinka

Po „Amerykańskich Bogach” spodziewałem się jednak dużo więcej. Czułem się nieco znudzony wieloma zbyt obszernie rozbudowanymi zapychaczami i prowadzeniu fabuły w trybie spowolnionym. Oczekiwałem szybszego spotkania się bogów i ich większego wpływu na historie. Większość z nich nie występuje w czasie teraźniejszym, tylko pełnią funkcje głównych bohaterów różnych opowiastek. Ja jednak wierzę w twórców i liczę na to, że w następnym sezonie dostaniemy więcej powiązań między nimi a główna fabułą. Obejrzeliśmy bardzo długi prolog, który mam nadzieję  przerodzi się w emocjonującą rozrywkę. Bryan Fuller otrzymuje ode mnie spory kredyt zaufania i oby nie znalazł się na mojej liście dłużników. 

 

 

 

American Gods - sezon 1.

70 %
70%Ogólna Ocena

Ocena Końcowa

0%

You may also read!

The 100: Z planu 5 sezonu – Cześć 1

W przerwach między nowymi sezonami naszych ulubionych seriali najgorsze jest czekanie. Szczególnie jeśli finał sezonu był ciekawy i szokujący. Z

Read More...

Fanowska kampania o przywrócenie „Dark Matter” może dać spory efekt!

Kiedy stacja Syfy ogłosiła, że rezygnuje z emisji swojej trzy-sezonowej space opery „Dark Matter” fani zaczęli szukać sposobu na

Read More...

Carmaggedon na ścieżkach hororów kategorii B.- recenzja 1. sezonu „Blood Drive”

Morderczy wyścig, hektolitry krwi, absurdalna fabuła i dużo seksu. To w skrócie opis najnowszego serialu stacji SYFY. Brzmi niedorzecznie

Read More...

Mobile Sliding Menu